Coraz częściej można odnieść wrażenie, że wychowujemy dzieci pod kloszem — chronione przed każdym wysiłkiem, błędem i niewygodą. Nie zawsze dlatego, że są słabe, leniwe albo roszczeniowe. Często dlatego, że my, dorośli, od najmłodszych lat pokazujemy im świat jako miejsce pełne zakazów, ostrzeżeń i potencjalnych zagrożeń.

„Nie dotykaj”.
„Nie ruszaj”.
„Nie biegaj”.
„Nie ubrudź się”.
„Nie wchodź tam”.
„Zostaw, bo zepsujesz”.
„Uważaj, bo sobie coś zrobisz”.

Takie komunikaty same w sobie nie są złe. Dziecko potrzebuje granic i bezpieczeństwa. Problem zaczyna się wtedy, gdy ostrzeganie zastępuje wychowanie, a chronienie zmienia się w ciągłe wyręczanie. Wtedy dziecko zamiast uczyć się samodzielności, zaczyna uczyć się lęku przed działaniem.

Dzieciństwo powinno być czasem poznawania świata. Oczywiście — w rozsądnych granicach. Ale poznawanie świata nie odbywa się wyłącznie przez siedzenie przy biurku, słuchanie dorosłych i patrzenie w ekran. Dziecko poznaje świat całym ciałem: przez ruch, dotyk, zabawę, wysiłek, relacje, porażki i małe sukcesy.

Jeśli odbierzemy mu możliwość próbowania, nie powinniśmy później dziwić się, że nie potrafi działać samodzielnie.

Od podwórka do ekranu

Jeszcze kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu dzieci spędzały znacznie więcej czasu na zewnątrz. Podwórko było miejscem zabawy, ale też nauki życia społecznego. Tam trzeba było dogadać się z innymi, ustalić zasady gry, poradzić sobie z przegraną, czasem pokłócić się i pogodzić.

Była piłka, rower, trzepak, drzewa, ławki, bieganie, skakanie, wspinanie się i zwykła dziecięca energia. Były też siniaki, zdarte kolana i ubrania, które po całym dniu nadawały się od razu do prania. Dla wielu osób to właśnie takie doświadczenia były naturalną częścią dorastania.

Dzisiaj coraz częściej dzieci spotykają w przestrzeni publicznej zakazy. Zakaz gry w piłkę. Zakaz wchodzenia na trawnik. Zakaz hałasowania. Zakaz biegania. Zakaz korzystania z różnych miejsc, które kiedyś były zwykłą częścią dziecięcej zabawy.

Oczywiście, porządek jest potrzebny. Zieleń miejską trzeba szanować. Sąsiedzi mają prawo do spokoju. Nie chodzi o to, żeby dzieci mogły robić wszystko bez żadnych zasad. Chodzi jednak o proporcje. Jeśli z każdej strony słyszą, że przeszkadzają, brudzą, hałasują i robią coś nie tak, to zaczynają wycofywać się do świata, w którym nikt ich nie przegania.

Tym światem bardzo często staje się ekran.

Dawniej karą bywał szlaban na wyjście na dwór. Dzisiaj jedną z najcięższych kar jest szlaban na telefon, komputer albo konsolę. Ta zmiana bardzo dużo mówi o tym, gdzie przeniosło się centrum dziecięcego życia.

Ciało potrzebuje ruchu

Z perspektywy masażysty trudno nie zauważyć, jak ważny dla rozwoju dziecka jest ruch. Ciało człowieka nie jest stworzone do wielogodzinnego siedzenia. Dotyczy to dorosłych, ale dzieci szczególnie.

Dziecko, które biega, skacze, wspina się, turla, rzuca, łapie, pcha, ciągnie i utrzymuje równowagę, rozwija nie tylko mięśnie. Rozwija również układ nerwowy. Uczy się koordynacji, orientacji w przestrzeni, kontroli ciała, reakcji na bodźce oraz oceny własnych możliwości.

To, co z boku może wyglądać jak zwykła zabawa, dla organizmu dziecka jest bardzo ważnym treningiem. Praca mięśni, stawów, błędnika, czucia głębokiego i wzroku tworzy podstawy sprawności ruchowej. Dziecko uczy się, gdzie jest jego ciało, jak działa i co może zrobić.

Kiedy dziecko ma zbyt mało ruchu, ciało dostaje mniej naturalnych bodźców. Mniej jest biegania, mniej zmiany pozycji, mniej pracy mięśni, mniej kontaktu z realnym oporem. Zamiast tego pojawia się długie siedzenie, pochylona głowa, napięte barki, przeciążony kark i mała aktywność fizyczna.

To nie jest tylko problem estetyki czy sylwetki. To jest problem zdrowia, samopoczucia i rozwoju.

Ruch wpływa na ciało, ale także na psychikę. Dziecko, które doświadcza własnej sprawczości w ruchu, uczy się odwagi. Widzi, że coś, co wczoraj było trudne, dziś może być łatwiejsze. Uczy się też radzić sobie z frustracją, zmęczeniem i niepowodzeniem.

Bez tego trudno budować odporność psychiczną.

Ekran daje szybką nagrodę

Nie chodzi o to, żeby demonizować technologię. Telefon, komputer czy tablet mogą być narzędziami nauki, kontaktu z innymi i rozwijania zainteresowań. Problem pojawia się wtedy, gdy ekran staje się głównym sposobem spędzania czasu, nagrodą, pocieszeniem, uspokajaczem i zastępstwem relacji.

Dziecięcy układ nerwowy bardzo łatwo przyzwyczaja się do szybkich bodźców. Krótkie filmiki, dynamiczne bajki, gry, przewijanie treści i ciągłe zmiany obrazu dają natychmiastową stymulację. Dziecko nie musi długo czekać. Nie musi się nudzić. Nie musi samo wymyślać zabawy. Wystarczy kliknąć.

Zwykłe życie działa inaczej.

Rozmowa wymaga cierpliwości.
Książka wymaga skupienia.
Nauka wymaga powtarzania.
Praca wymaga systematyczności.
Relacje wymagają słuchania drugiego człowieka.
Ruch wymaga wysiłku.

Jeśli dziecko od małego przyzwyczaja się głównie do szybkiej nagrody, zwykłe czynności mogą zacząć wydawać się nudne, trudne albo zbyt wolne. To może wpływać na koncentrację, cierpliwość, motywację i sposób radzenia sobie z frustracją.

Dlatego tak ważne jest, aby dziecko miało czas bez ekranu. Czas na nudę. Czas na zabawę. Czas na rozmowę. Czas na ruch. Czas na obowiązki. Czas na własne pomysły.

Nuda nie jest wrogiem dziecka. Nuda często jest początkiem kreatywności.

Wyręczanie nie jest miłością

Wielu dorosłych chce dla dzieci jak najlepiej. To naturalne. Rodzic, dziadek czy opiekun nie chce, żeby dziecko cierpiało, bało się, męczyło albo popełniało błędy. Tylko że całkowite usuwanie trudności z życia dziecka nie przygotowuje go do dorosłości.

Jeżeli dorosły robi wszystko za dziecko, dziecko nie uczy się robić tego samo. Jeżeli dorosły natychmiast rozwiązuje każdy problem, dziecko nie ćwiczy samodzielnego myślenia. Jeżeli dorosły zawsze chroni przed konsekwencjami, dziecko nie rozumie związku między działaniem a skutkiem.

Miłość do dziecka nie polega na tym, żeby stale usuwać mu z drogi każdy kamień. Polega raczej na tym, żeby iść obok, asekurować, tłumaczyć, wspierać, ale jednocześnie pozwalać próbować.

Dziecko może nalać za dużo wody.
Może krzywo posmarować chleb.
Może rozsypać mąkę.
Może źle wydać resztę.
Może przegrać mecz.
Może się pomylić.
Może usłyszeć odmowę.

To nie są tragedie. To są lekcje.

Oczywiście, dorosły powinien reagować tam, gdzie pojawia się realne zagrożenie. Ale nie każda niewygoda jest zagrożeniem. Nie każde zmęczenie jest krzywdą. Nie każda porażka jest traumą. Nie każdy błąd musi być natychmiast naprawiony przez dorosłego.

Wartość pracy i pieniędzy

Jeśli uważasz, że to co piszę jest dobre i warte uwagi, postaw mi kawkę 🙂 Będzie mi miło 🙂

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Jednym z ważnych elementów wychowania jest pokazanie dziecku wartości pracy. Nie przez długie kazania, ale przez doświadczenie.

Dziecko, które pomaga w domu, widzi, że obiad sam się nie gotuje, pranie samo się nie rozwiesza, a zakupy same nie trafiają do lodówki. Dziecko, które próbuje zarobić pierwsze pieniądze, zaczyna rozumieć, że pieniądz ma związek z wysiłkiem, czasem i odpowiedzialnością.

Dlatego tak poruszające są sytuacje, w których dziecko chce zrobić coś samodzielnie, a dorośli zamiast wesprzeć inicjatywę, od razu szukają problemu.

Głośna była historia chłopca, który chciał sprzedawać lemoniadę, aby zarobić na swoje potrzeby i nie obciążać bliskich. Można oczywiście dyskutować o przepisach, higienie i formalnościach. To wszystko ma swoje miejsce. Ale warto też zadać sobie pytanie: czy naprawdę pierwszą reakcją dorosłych na taką inicjatywę powinno być donoszenie i karcenie?

Przecież w takiej sytuacji dziecko uczy się bardzo wielu rzeczy. Uczy się odwagi, kontaktu z ludźmi, liczenia pieniędzy, odpowiedzialności, planowania i wartości pracy. Uczy się, że można nie tylko prosić, ale też zrobić coś samemu.

Jeśli za każdym razem, gdy dziecko przejawia inicjatywę, słyszy: „nie wolno”, „nie możesz”, „to problem”, „kto ci pozwolił?”, to nie dziwmy się później, że młodzi ludzie nie garną się do działania.

Nagroda za wysiłek nie musi być krzywdą

Podobnie wygląda dyskusja o nagradzaniu dzieci za dobre wyniki w nauce. Przykładem może być historia lodziarni, która przez lata dawała lody uczniom za świadectwo z czerwonym paskiem. W pewnym momencie pojawiły się głosy, że taka akcja może być niesprawiedliwa wobec dzieci, które paska nie mają.

Warto tu zachować rozsądek.

Rzeczywiście, nie każde dziecko ma taki sam start. Nie każde ma spokojny dom, pomoc w nauce, dobre warunki, zdrowie i łatwość przyswajania wiedzy. Czasem trójka u jednego dziecka oznacza ogromny wysiłek, a piątka u innego przychodzi bez większego problemu.

To prawda i warto o tym pamiętać.

Ale z drugiej strony nie można uznać, że samo nagradzanie dobrych wyników jest czymś złym. Dziecko, które pracuje systematycznie, uczy się, stara i osiąga wynik, również zasługuje na docenienie. Nagroda za wysiłek, konsekwencję i odpowiedzialność może być ważnym sygnałem: twoja praca ma znaczenie.

Można mądrze rozszerzać sposoby nagradzania. Można doceniać nie tylko oceny, ale także postęp, zaangażowanie, kulturę osobistą, pomoc innym czy pokonywanie własnych trudności. To bardzo dobry kierunek.

Nie trzeba jednak od razu odbierać wartości każdej nagrodzie tylko dlatego, że nie wszyscy dostają to samo.

Życie nie polega na tym, że wszyscy zawsze otrzymują identyczne efekty. Ważne jest, aby dzieci uczyć sprawiedliwości, empatii i wrażliwości, ale także tego, że wysiłek, praca i odpowiedzialność mają znaczenie.

Ojciec, matka i obecność dorosłych

W rozmowie o wychowaniu nie da się pominąć roli dorosłych w domu. Dziecko potrzebuje nie tylko opieki, ale też obecności. Potrzebuje dorosłych, którzy są dostępni emocjonalnie, potrafią rozmawiać, stawiają granice i pokazują przykład własnym zachowaniem.

W wielu rodzinach ojciec jest nieobecny nie dlatego, że nie kocha dziecka, ale dlatego, że całymi dniami pracuje. W innych przypadkach nieobecność ma zupełnie inny charakter: ucieczka w alkohol, znajomych, telefon, swoje sprawy albo zwykły brak odpowiedzialności. Podobnie może być z matką. Fizyczna obecność w domu nie zawsze oznacza prawdziwą obecność w życiu dziecka.

Dziecko potrzebuje dorosłego, który powie: „chodź, pokażę ci”.
Potrzebuje kogoś, kto pozwoli spróbować.
Potrzebuje kogoś, kto nie wyśmieje błędu.
Potrzebuje kogoś, kto pokaże, że obowiązki są częścią życia.
Potrzebuje kogoś, kto sam potrafi odłożyć telefon.

Autorytet nie rodzi się z krzyku ani z wiecznego pobłażania. Rodzi się z konsekwencji, obecności, odpowiedzialności i przykładu.

Dzieci są bardzo dobrymi obserwatorami. Widzą więcej, niż nam się wydaje. Widzą, jak dorośli traktują innych ludzi, jak mówią o pracy, jak reagują na trudności, jak rozwiązują konflikty i czy sami robią to, czego wymagają od dziecka.

Jeśli dorosły mówi: „nie siedź w telefonie”, a sam nie odrywa się od ekranu, dziecko widzi sprzeczność. Jeśli dorosły mówi: „trzeba szanować ludzi”, a potem obraża innych przy stole, dziecko też to zapamiętuje.

Wychowanie to nie tylko słowa. To przede wszystkim codzienny przykład.

Nie chodzi o twarde wychowanie bez serca

Ten tekst nie jest pochwałą surowości, przemocy, zawstydzania czy wychowania w stylu: „dzieci mają siedzieć cicho i słuchać”. Nie o to chodzi.

Dzieci potrzebują czułości, bezpieczeństwa, rozmowy i wsparcia. Potrzebują dorosłych, którzy widzą ich emocje i pomagają je zrozumieć. Potrzebują domu, w którym mogą czuć się ważne.

Ale bezpieczeństwo nie powinno oznaczać życia pod kloszem. Czułość nie powinna oznaczać braku wymagań. Wsparcie nie powinno oznaczać wyręczania we wszystkim. A miłość nie powinna polegać na tym, że dziecko nigdy nie doświadcza trudności.

Dziecko, które nigdy nie mierzy się z małymi wyzwaniami, może później bardzo boleśnie zderzyć się z dorosłością. Bo dorosłość wymaga cierpliwości, pracy, odporności, odpowiedzialności i umiejętności znoszenia frustracji.

Jeżeli dziecko nigdy nie usłyszy „nie”, kiedyś usłyszy je od świata w znacznie mniej delikatny sposób.
Jeżeli nigdy nie przegra, porażka może je złamać.
Jeżeli nigdy nie będzie miało obowiązków, praca może wydawać się karą.
Jeżeli nigdy nie pozna wartości pieniędzy, łatwo uzna, że wszystko po prostu się należy.

Dajmy dzieciom więcej życia

Może więc zamiast ciągle narzekać na dzieci, warto spojrzeć na nas, dorosłych. Na nasze decyzje, wygodę, lęki, nadopiekuńczość i brak czasu.

Czy dajemy dzieciom przestrzeń do ruchu?
Czy pozwalamy im pomagać?
Czy uczymy je wartości pracy?
Czy pokazujemy im świat poza ekranem?
Czy umiemy stawiać granice bez upokarzania?
Czy pozwalamy im próbować, nawet jeśli nie zrobią czegoś idealnie?

Dzieci nie potrzebują świata bez zasad. Potrzebują świata, w którym zasady mają sens. Potrzebują dorosłych, którzy nie tylko zakazują, ale też tłumaczą. Nie tylko chronią, ale też uczą. Nie tylko wymagają, ale też są obecni.

Dziecko, które próbuje, czasem coś rozleje.
Czasem się ubrudzi.
Czasem przegra.
Czasem zrobi coś nieporadnie.
Czasem zada niewygodne pytanie.
Czasem sprzeda za kwaśną lemoniadę.

Ale właśnie tak uczy się życia.

Nie wychowujmy dzieci tak, jakby świat był wyłącznie zagrożeniem. Pokażmy im raczej, że świat bywa trudny, ale można sobie w nim poradzić. Trzeba tylko mieć ciało, które zna ruch, głowę, która umie myśleć, serce, które zna relacje, i dorosłych, którzy zamiast stale dmuchać i chuchać, potrafią mądrze towarzyszyć.

Bo największym prezentem, jaki możemy dać dziecku, nie jest życie bez trudności.

Jest nim przygotowanie do życia, w którym trudności da się pokonać.

Nota od autora:
Ten tekst nie jest krytyką dzieci ani młodzieży. Jest raczej zaproszeniem do refleksji nad tym, jak my — dorośli — wychowujemy młode pokolenie. Dzieci potrzebują miłości, bezpieczeństwa i wsparcia, ale potrzebują też ruchu, obowiązków, samodzielności, zdrowych granic i prawa do popełniania błędów. Jeśli chcemy, żeby potrafiły radzić sobie w dorosłym życiu, nie możemy odbierać im każdej okazji do próbowania, uczenia się i mierzenia z małymi wyzwaniami.

Tagi: