Zazwyczaj piszę tutaj o tym, jak rozluźnić spięte powięzi, jak zadbać o kręgosłup czy jaką technikę dobrać do konkretnego bólu. Dziś jednak chcę dotknąć czegoś, co parzy równie mocno jak stan zapalny, a co pleni się w internecie na potęgę. Porozmawiajmy o hejcie.

Internet miał nas łączyć – dawać przestrzeń do wymiany wiedzy i budowania społeczności. Niestety, coraz częściej staje się areną, na której zamiast argumentów latają błoto i inwektywy. To zjawisko dotyka też naszą branżę. Wystarczy, że napiszesz coś „niewygodnego” albo masz inne zdanie, a pod postem natychmiast pojawiają się „eksperci” z radami typu: „nie znasz się, weź się lepiej za sprzątanie ulic”.

Tylko czy taki atak kiedykolwiek kogoś przekonał? Raczej nie. On ma inny cel: ma zaboleć.

Iluzja ekranu i brak twarzy

Dlaczego w sieci pozwalamy sobie na tak wiele? Bo internet daje nam złudne poczucie anonimowości i bezpieczeństwa. Siedząc przed monitorem, wielu ludzi traci hamulce. To, czego nigdy nie odważyliby się powiedzieć komuś prosto w oczy – ze wstydu, z braku odwagi czy po prostu ze zwykłej ludzkiej przyzwoitości – wylewają w komentarzach pod wpływem impulsu.

Hejt zaczyna się dokładnie tam, gdzie kończą się merytoryczne argumenty. Gdy brakuje wiedzy, najłatwiej uderzyć w człowieka. Ale pamiętajmy: po drugiej stronie nie siedzi profil, avatar czy nick. Siedzi człowiek. Z krwią, kośćmi, emocjami i – bardzo często – z gorszym dniem lub słabszą konstrukcją psychiczną.

Psychologia nienawiści: Dlaczego to robimy?

Z psychologicznego punktu widzenia hejt mówi znacznie więcej o autorze niż o adresacie. Żyjemy w kulturze „zasuwu” i wiecznego pośpiechu. Od małego uczono nas, że mówienie o sobie dobrze to chwalipięctwo. Efekt? Widzimy w sobie głównie niedociągnięcia i wady, a potem… przekładamy to na innych.

Jeśli ktoś nie potrafi pochwalić siebie, rzadko potrafi szczerze pochwalić drugą osobę. Hejt to często projekcja własnych frustracji, lęków i poczucia bycia „niewystarczającym”. Łatwiej kogoś „zjechać”, niż przyznać, że sami czujemy się zagubieni.

Anatomia hejtu – gdy stres zamienia ciało w głaz

Jeśli uważasz, że to co piszę jest dobre i warte uwagi, postaw mi kawkę 🙂 Będzie mi miło 🙂

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Jako masażyści wiemy, że emocje nie parują – one osadzają się w tkankach. Co dzieje się z organizmem osoby hejtowanej?

  • System alarmowy: Hejt wywołuje stres, a ten zalewa ciało kortyzolem i adrenaliną. Organizm wchodzi w tryb „walcz lub uciekaj”.
  • Pancerz mięśniowy: Szczęki się zaciskają, barki wędrują do uszu, a oddech staje się płytki. Ciało staje się „skałą” – twardą, nieustępliwą, trudną do rozbicia.
  • Blokady energetyczne: To nie jest tylko metafora. Jeśli nosisz w sobie złość, pogardę czy chęć dokopania komuś w komentarzu, ta „zła energia” zostaje w Twoich dłoniach.

Pracując z ludźmi, jesteśmy jak naczynia połączone. Jeśli jesteśmy naładowani agresją, przekażemy ją dalej – pacjentowi, rodzinie, samym sobie. Zło, które wysyłamy w świat, najpierw musi przejść przez nasze własne ciało, siejąc w nim spustoszenie.

Krytyka to lekcja, hejt to trucizna

Warto to rozróżnić. Konstruktywnej krytyki nie należy się bać. Ona jest cenna, uczy pokory i pozwala nam się rozwijać. Ale hejt? Hejt nie ma na celu poprawy jakości Twojej pracy. On ma na celu Twoją degradację.

Moja recepta na to wszystko jest prosta: czytam, chwilę tym żyję, a potem… zamykam klapę laptopa. W tym momencie wracam do realnego świata. Do zapachu olejków, do ciepła dotyku, do prawdziwych relacji. Wirtualny jad traci swoją moc, gdy przestajemy go karmić swoją uwagą.

Może warto ugryźć się w język?

Zanim następnym razem poczujesz impuls, by napisać komuś coś złośliwego, zatrzymaj się na sekundę. Weź głęboki wdech. Pomyśl, czy chciałbyś, aby ktoś tak potraktował Ciebie lub kogoś bliskiego.

Jako ludzie pracujący z drugim człowiekiem, mamy szczególną misję: nieść ulgę, a nie ból. Powinniśmy sobie pomagać, a nie podkładać kłody pod nogi. Życie i tak jest wystarczająco trudne. Nie musimy dokładać sobie nawzajem ciężaru, który potem latami musimy „rozmasowywać” na terapiach.

Dajmy sobie trochę miłości

Może zamiast szukać dziury w całym, spróbujmy dać sobie i innym trochę wyrozumiałości? Dawajmy to, co sami chcielibyśmy otrzymywać. Trochę miękkości zamiast sztywności. Trochę oddechu zamiast ucisku.

Świat będzie o wiele łatwiejszy do zniesienia, gdy zamiast racji za wszelką cenę, wybierzemy po prostu bycie człowiekiem.

A Ty jak radzisz sobie z „internetową energią”? Czy zdarzyło Ci się kiedyś poczuć, że czyjś komentarz fizycznie Cię spiął? Porozmawiajmy o tym – oczywiście z szacunkiem i dobrą energią!

Tagi: