To jedno z tych pytań, które słyszę zaskakująco często. Czasem ktoś pyta wprost, czasem między wierszami, a czasem w formie żartu rzuconego podczas albo pod koniec wizyty.
– A tak szczerze, kogo bardziej lubi Pan masować? Panie czy panów?
Zwykle się wtedy uśmiecham, bo wiem, jakiej odpowiedzi część osób się spodziewa. Może czegoś o zgrabnych sylwetkach? Może stwierdzenia, że skoro jestem mężczyzną, to oczywiście wolę masować kobiety?
Tymczasem moja odpowiedź jest znacznie mniej sensacyjna.
Po pewnym czasie pracy w zawodzie płeć osoby leżącej na stole naprawdę przestaje mieć dla mnie większe znaczenie.
Na początku sam się nad tym zastanawiałem
Przyznam szczerze, że kiedy zaczynałem swoją drogę masażową, ten temat również chodził mi po głowie.
Jako mężczyzna wiedziałem, że będę pracował także z kobietami, które podczas masażu będą częściowo rozebrane. Zastanawiałem się więc, jak będę na to reagował i czy nie będzie to dla mnie w jakiś sposób krępujące.
Dzisiaj mogę powiedzieć, że nie mam z tym problemu.
Kiedy zaczynam masaż, moja uwaga bardzo szybko skupia się na czymś zupełnie innym.
Na człowieku, który przyszedł do mnie po pomoc.
Na tym, gdzie boli.
Gdzie ciało jest napięte.
Jak reagują tkanki.
Czy mogę popracować mocniej, czy lepiej zmniejszyć nacisk.
Czy osoba czuje się komfortowo.
Na tym polega moja praca.
Nie seksualizuję osoby, którą masuję. Ktoś zaufał mi na tyle, żeby powierzyć mi swoje ciało, często opowiedzieć o swoich dolegliwościach i pozwolić mi pracować w bardzo bliskim kontakcie.
To zaufanie trzeba szanować.
A czy podobają mi się kobiety, które masuję?
To pytanie również się pojawia.
Oczywiście jestem człowiekiem i widzę, czy ktoś jest atrakcyjny. Nie wyłączam wzroku w momencie rozłożenia stołu.
Ale zauważenie, że ktoś jest atrakcyjny, a seksualizowanie tej osoby podczas pracy to dwie zupełnie różne rzeczy.
W czasie masażu wygląd bardzo szybko schodzi na dalszy plan.
Mogę przecież masować piękną, zgrabną kobietę i po kilku minutach myśleć przede wszystkim:
„Co się tutaj wydarzyło z tymi plecami?”
Bo barki twarde, okolica łopatek napięta, pośladki jak kamienie, a łydki wyglądają, jakby od tygodnia nie dostały informacji, że można się rozluźnić.
I cała moja uwaga idzie właśnie tam.
Co naprawdę decyduje o tym, czy kogoś dobrze mi się masuje?
Skoro nie płeć, to co?
Tutaj odpowiedź jest dużo bardziej przyziemna.
Higiena
Tak, ma znaczenie.
Masażysta pracuje bardzo blisko drugiego człowieka, często przez godzinę albo półtorej. Dlatego podstawowa higiena wpływa również na komfort mojej pracy.
Nie oczekuję, że ktoś przyjedzie na masaż pachnący jak perfumeria w galerii handlowej.
Człowiek się poci. To normalne.
Ale intensywny zapach potu spod pach, stóp czy bardzo nieświeży oddech potrafią zwyczajnie utrudnić pracę.
I tutaj również nie ma podziału na kobiety i mężczyzn.
Nos masażysty jest pod tym względem bardzo sprawiedliwy.
Rozluźnienie i współpraca
Dużo większe znaczenie niż płeć ma dla mnie to, czy osoba potrafi choć trochę odpuścić napięcie.
Są pacjenci, którzy kładą się na stole i po kilku minutach wyraźnie zaczynają się rozluźniać.
A są też tacy, którzy bardzo chcą mi pomagać.
Podnoszę rękę – napinają rękę.
Przesuwam nogę – natychmiast przejmują ruch.
Mówię:
– Proszę rozluźnić.
A słyszę:
– Przecież jestem rozluźniony!
No… nie do końca.
Oczywiście rozumiem, że szczególnie podczas pierwszej wizyty nie każdy od razu potrafi zaufać masażyście. Dla wielu osób jest to nowa sytuacja. Trzeba się częściowo rozebrać, położyć na stole i pozwolić obcej osobie pracować ze swoim ciałem.
To może wymagać czasu.
Jednak z czysto technicznego punktu widzenia osoba, która potrafi się rozluźnić i współpracuje podczas masażu, zdecydowanie ułatwia mi pracę.
Wolę trochę ciała niż same kości
Znaczenie ma również budowa ciała.
I żeby było jasne – nie chodzi mi tutaj o ocenianie czyjejś sylwetki.
Chodzi wyłącznie o pracę techniczną.
Często łatwiej pracuje mi się z osobą, która ma trochę więcej tkanki miękkiej, niż z kimś bardzo szczupłym.
Przy rozcieraniu czy ugniataniu po prostu jest na czym pracować.
U bardzo szczupłej osoby trzeba czasami zdecydowanie uważniej dobierać technikę, bo pod palcami szybko pojawiają się żebra, łopatki, wyrostki kręgów czy inne elementy kostne.
Oczywiście masaż dostosowuje się do każdego człowieka.
Ale jeśli ktoś pyta mnie, co wpływa na komfort mojej pracy, to budowa ciała ma dla mnie zdecydowanie większe znaczenie niż płeć.
Rozmowny czy milczący?
Tutaj nie mam szczególnych preferencji.
Są osoby, które podczas całego masażu opowiadają mi o pracy, rodzinie, wakacjach, sąsiadach i wszystkim, co wydarzyło się od ostatniej wizyty.
Jeżeli rozmowa pomaga komuś się rozluźnić – nie ma problemu.
Inni po kilku minutach zamykają oczy i najchętniej przez następną godzinę nie powiedzieliby ani słowa.
I to również jest w porządku.
Nie potrzebuję podczas masażu prowadzić programu śniadaniowego.
Najważniejsze jest dla mnie to, żeby osoba leżąca na stole czuła się swobodnie.
Czasem mężczyznę masuje mi się łatwiej niż zgrabną kobietę
I właśnie dlatego pytanie „kobiety czy mężczyźni?” niewiele mówi o rzeczywistości pracy masażysty.
Mogę trafić na dużego mężczyznę, który od pierwszych minut bardzo dobrze reaguje na masaż, rozluźnia mięśnie i spokojnie pozwala mi pracować.
A później mogę masować drobną, zgrabną kobietę, której plecy, pośladki czy łydki są tak napięte, że mam wrażenie, jakbym zamiast masażu próbował przekonać kostkę brukową do współpracy.
Kogo wtedy łatwiej mi się masuje?
Odpowiedź jest chyba oczywista.
Napięcie mięśniowe nie sprawdza płci przed wejściem na stół.
A kto jest bardziej odporny na ból?
Tutaj mam jedno ciekawe spostrzeżenie ze swojej praktyki.
Mam wrażenie, że kobiety często lepiej znoszą mocniejszą pracę i związany z nią chwilowy dyskomfort.
Zdarza mi się pracować na mocno napiętym miejscu, zwiększać stopniowo nacisk i pytać:
– Jest dobrze?
– Tak.
– Nie za mocno?
– Może być mocniej.
I czasami wtedy sam zaczynam się zastanawiać, gdzie właściwie znajduje się granica.
Panowie oczywiście również potrafią być bardzo odporni. Nie zamierzam więc tworzyć tutaj żadnego naukowego rankingu płci.
To po prostu moje doświadczenie z gabinetowej i mobilnej praktyki, a nie zasada, którą można przypisać każdej kobiecie i każdemu mężczyźnie.
Każdy człowiek ma przecież inną wrażliwość na ból.
Kogo więc najbardziej lubię masować?
Jeśli miałbym odpowiedzieć jednym zdaniem:
Lubię masować ludzi, którzy mi ufają i z którymi mogę dobrze pracować.
Osoby, które potrafią powiedzieć, co je boli.
Które informują mnie, kiedy nacisk jest za duży albo za mały.
Które pozwalają swojemu ciału choć trochę odpuścić.
Które dbają o podstawową higienę i szanują również mój komfort pracy.
Nie dzielę pacjentów na kobiety i mężczyzn pod względem tego, kogo „wolę”.
Dużo bardziej zauważalny jest dla mnie podział na osoby, które przychodzą z otwartością i zaufaniem, oraz takie, które przynoszą na stół nie tylko napięte mięśnie, ale jeszcze bardziej napiętą głowę.
I z jednymi, i z drugimi można pracować.
Czasami tym drugim trzeba po prostu trochę więcej czasu.
Z czasem zaczynasz patrzeć na ciało inaczej
Zawód masażysty uczy bardzo specyficznego patrzenia na ludzkie ciało.
To, co na pierwszy rzut oka może wydawać się najważniejsze – sylwetka, wygląd czy płeć – podczas pracy bardzo szybko traci znaczenie.
Zaczynam zwracać uwagę na zupełnie inne rzeczy.
Na napięcie.
Symetrię.
Reakcję na dotyk.
Ruchomość.
Oddech.
Blizny.
Obrzęki.
Tkliwość.
I na to, czy po skończonej pracy człowiek rzeczywiście poczuje się trochę lepiej.
Dlatego gdy ktoś kolejny raz zapyta mnie:
„Kogo lubi Pan bardziej masować – kobiety czy mężczyzn?”
odpowiedź nadal będzie taka sama.
Płeć zostaje gdzieś z tyłu. Liczy się człowiek.
A jeszcze bardziej liczy się to, z czym ten człowiek do mnie przyszedł i czy jestem w stanie mu pomóc.