Telefon zawibrował w środku dnia. Na ekranie – krótki SMS: „Dostarczamy opinie 5* Google… już od 20 zł za sztukę. Odpisz TAK.” Przez sekundę patrzyłem na słowa, jakby nie dotyczyły mnie. A jednak – to do mnie. Kciuk automatycznie znalazł przycisk „blokuj numer”. I zrobiło się cicho.
Jeżdżę z masażami po Warszawie, okolicach i Garwolinie. Zimą wnoszę stół do ciepłych salonów, latem zdarza się rozkładać go przy otwartym oknie, kiedy słychać miasto i czuć zapach świeżo zaparzonej kawy. Zanim zaczniemy, mam swój mały rytuał: pytam, gdzie mnie Pani/Pan znalazła i dlaczego wybór padł właśnie na mnie. Najczęściej słyszę spokojne: „W internecie. Ma Pan tyle dobrych opinii”. I wtedy czuję wdzięczność, ale też ciężar odpowiedzialności. Bo za każdą gwiazdką kryje się czyjeś plecy, kark, napięty brzuch, czyjś lęk przed bólem i ta ulga, która przychodzi po sesji.
Właśnie dlatego kupowanie opinii w internecie uważam za nieuczciwą praktykę. To nie jest niewinna „sztuczka marketingowa”. To wprowadzanie w błąd osób, które szukają pomocy. Wiem, że wielu z Was wybiera masażystę właśnie na podstawie recenzji – to naturalne. Przed pierwszym spotkaniem nie macie jeszcze mojego dotyku ani rozmowy, macie tylko słowa innych. Chcę, żeby te słowa były prawdziwe.
Prawdziwe opinie pachną szczegółem. Czuć w nich historię: ktoś przyszedł z rwą kulszową, ktoś z napiętym karkiem po godzinach przy komputerze, ktoś po ciąży z obrzękami nóg. Ktoś pisze, że pracowaliśmy delikatnie na dekolcie, że pomógł drenaż, że po bambusach plecy „oddychały”, że dojazd był punktualny, a rozmowa przed zabiegiem uspokoiła. W takich zdaniach jest życie – i to właśnie one prowadzą kolejne osoby w moją stronę.
Fałszywe recenzje łatwo rozpoznać, choć udają naturalność. Pojawiają się nagle, całymi garściami, jak konfetti po północy. Brzmią tak samo, gubią szczegóły, są o wszystkim i o niczym: „super”, „polecam na 100%”, „najlepszy”. Nie ma w nich tego drobnego konkretu, który zostaje po wizycie: że po wstaniu z kozetki nie ciągnęło już w lędźwiach, że głowa przestała dudnić po pracy transbukalnej, że po dwóch dniach ból barku nie wrócił.
Mój standard jest prosty: nie kupuję opinii i nie „nagrodzę” nikogo za ich treść. Mogę tylko grzecznie poprosić o kilka zdań po wizycie, bo to pomaga innym. Zaufania nie da się kupić – trzeba je zbudować. Buduję je rozmową, wywiadem, uważnością, odpowiednio dobraną techniką i tym, co najważniejsze: odczuwalnym efektem.
Jeśli kiedyś zechcesz zostawić opinię, wystarczy krótka, uczciwa historia. Napisz, z czym do mnie trafiłaś/trafiłeś, co robiliśmy, jak się czułaś/eś w trakcie i po, a także jak było po jednym czy dwóch dniach. Dodaj drobiazgi, które dla Ciebie mają znaczenie: czy dojazd był wygodny, czy czułaś/eś się bezpiecznie, czy dostałaś/eś proste zalecenia na później. Tyle. Takie słowa naprawdę prowadzą ludzi – i mnie też pomagają widzieć, gdzie moja praca działa najlepiej.
A gdy następnym razem wpadnie mi podobny SMS z „piątkami za 20 zł”, znów kliknę „blokuj numer”. Bo chcę, żeby to, co czytacie o mnie w internecie, było tym samym, co potem czujecie na stole: spokój, uważny dotyk i prawdziwą ulgę. Dziękuję za każde szczere zdanie – ono waży więcej niż wszystkie kupione gwiazdki świata.
Opinie o mnie przeczytacie w wizytówce Google.