Ostatnio powiedziałem swoim rodzicom, że ich marzenie o tym, abym został księdzem, jednak się nie spełniło. Ale jest pewien paradoks. Przy moim stole do masażu nawet ludzie, którzy deklarują, że z religią niewiele mają wspólnego, potrafią nagle przypomnieć sobie cały repertuar: „O Jezu!”, „Matko Boska!”, „Jezus Maria!” albo po prostu „Boże!”.
Inni wybierają słownictwo zdecydowanie mniej liturgiczne.
I wtedy pojawia się ciekawe pytanie: dlaczego krzyczymy podczas masażu? Dlaczego jedni w bólu wzywają Boga, inni przeklinają, jeszcze inni syczą przez zęby, śmieją się albo próbują zachować kamienną twarz? Czy okrzyk pomaga przetrwać ból? A może jest przede wszystkim sygnałem dla masażysty: „człowieku, trochę przesadziłeś”?
☕ Podoba Ci się ten wpis?
Postaw mi kawę ☕Okazuje się, że za zwykłym „aaaa!” kryje się całkiem sporo anatomii, psychologii, językoznawstwa i neurofizjologii.
Ból nie powstaje wyłącznie pod palcem masażysty
Zacznijmy od podstaw. Ból nie jest prostym komunikatem: nacisk = ból.
Międzynarodowe Towarzystwo Badania Bólu podkreśla, że ból jest doświadczeniem zarówno czuciowym, jak i emocjonalnym. Wpływają na niego czynniki biologiczne, psychologiczne i społeczne. Co więcej, ból i samo pobudzenie receptorów reagujących na potencjalnie szkodliwe bodźce nie są dokładnie tym samym.
Kiedy mocno uciskam tkliwą okolicę, sygnał z obwodu biegnie przez nerwy do rdzenia kręgowego, a następnie do struktur mózgu uczestniczących w przetwarzaniu bólu. W procesie biorą udział między innymi wzgórze, kora somatosensoryczna, wyspa oraz przednia część zakrętu obręczy. Jedne struktury pomagają określić, gdzie i jak mocno boli, inne uczestniczą w nadawaniu temu doświadczeniu znaczenia i w jego emocjonalnym odbiorze.
Dlatego dwóch pacjentów może otrzymać bardzo podobny bodziec i zareagować zupełnie inaczej.
Jeden powie spokojnie: „czuję”.
Drugi: „o, tutaj jest konkretnie”.
Trzeci odnajdzie właśnie wszystkie słowa, których mama zabraniała mu używać w dzieciństwie.
Czy przeklinanie naprawdę pomaga na ból?
Tu robi się jeszcze ciekawiej, bo odpowiedź brzmi: czasami rzeczywiście może pomagać.
W klasycznym eksperymencie Richarda Stephensa uczestnicy trzymali rękę w bardzo zimnej wodzie. Kiedy mogli powtarzać przekleństwo, byli w stanie wytrzymać bodziec dłużej i oceniali ból jako mniejszy niż wtedy, gdy powtarzali neutralne słowo.
Kolejne badanie wykazało jednak coś zabawnego: efekt był słabszy u osób, które przeklinały bardzo często na co dzień. Innymi słowy, organizm najwyraźniej potrafi przyzwyczaić się nawet do naszego językowego arsenału.
Nowszy przegląd badań również wskazuje, że efekt przeciwbólowy przeklinania pojawiał się w wielu eksperymentach. Nie wiemy jednak dokładnie, jaki mechanizm za niego odpowiada. Rozważa się pobudzenie emocjonalne, reakcję współczulnego układu nerwowego, odwrócenie uwagi, humor, poczucie kontroli czy chwilowe „odhamowanie”. Trzeba też pamiętać, że większość takich badań prowadzono w laboratorium, a nie podczas masażu.
Nie proponuję więc wprowadzenia nowej techniki terapeutycznej pod nazwą „masaż klasyczny z przeklinaniem”.
Ale jeśli pacjentowi przy mocniejszym bodźcu wyrwie się brzydkie słowo, niekoniecznie robi to tylko dlatego, że chce zamanifestować niezadowolenie.
Nawet zwykłe „au!” może mieć znaczenie
Nie trzeba zresztą przeklinać.
W badaniu opublikowanym w „The Journal of Pain” osoby zanurzające rękę w zimnej wodzie potrafiły wytrzymać ból dłużej, kiedy mówiły „ow”, czyli nasze odpowiednikowe „au”. Samo słuchanie nagranego „au” nie dawało tego samego efektu. Autorzy sugerowali, że znaczenie może mieć aktywność związana z samym wypowiadaniem dźwięku i reakcją ruchową.
Krzyk, jęk czy krótkie „au!” nie są więc wyłącznie komunikatem dla otoczenia. Mogą być również elementem naszej własnej reakcji na ból.
Jednocześnie nie należy oceniać intensywności bólu wyłącznie na podstawie głośności pacjenta. Przegląd badań dotyczących wokalizacji bólowej potwierdził związek między bólem a wydawaniem dźwięków, ale autorzy podkreślili, że sam krzyk jest zbyt mało precyzyjnym wskaźnikiem.
Są ludzie, którzy przy niewielkim dyskomforcie urządzą koncert.
Są też tacy, którzy przy bardzo silnym bólu powiedzą tylko: „trochę czuć”.
I obie reakcje mogą być prawdziwe.
Dlaczego w bólu nagle pojawia się „O Jezu!”?
Tu wchodzimy na bardzo ciekawy teren języka i kultury.
Zwroty takie jak „O Jezu!”, „Boże!”, „Jezus Maria!” czy „Matko Boska!” przez pokolenia funkcjonowały w polszczyźnie nie tylko jako autentyczne wezwania religijne, lecz także jako utrwalone wykrzyknienia wyrażające zaskoczenie, przestrach, bezradność, irytację czy właśnie ból.
Polska językoznawczyni Anna Wierzbicka poświęciła takim wyrażeniom osobną analizę zatytułowaną „Między modlitwą a przekleństwem”. Pokazuje ona, że zwroty religijne mogą funkcjonować jako silnie emocjonalne wykrzyknienia, których znaczenie wykracza poza dosłowną modlitwę.
Dlatego „O Jezu!” wypowiedziane przez osobę niewierzącą podczas ucisku bolesnego miejsca nie jest nagłym dowodem nawrócenia na stole do masażu.
To może być po prostu jeden z najbardziej utrwalonych kulturowo sposobów wyrażania silnej emocji.
Neurojęzykoznawstwo również pokazuje, że przekleństwa, utarte zwroty i inne automatyczne formuły językowe różnią się pod pewnymi względami od świadomie budowanych, nowych zdań. W produkcji tzw. języka formułowego uczestniczą m.in. struktury podkorowe i procesy silnie związane z emocjami.
Kiedy coś nagle mocno zaboli, nie układamy przecież w głowie eleganckiego komunikatu:
„Panie Łukaszu, uprzejmie informuję, iż aktualna intensywność zastosowanego nacisku przekroczyła preferowany przeze mnie próg”.
Najczęściej pojawia się:
„O JEZU!”
I wszystko jest jasne.
Czy naprawdę działa zasada „jak trwoga, to do Boga”?
Czasami może działać dosłownie.
Dla osoby wierzącej zwrócenie się do Boga podczas bólu może być sposobem radzenia sobie z trudną sytuacją, podobnie jak modlitwa podczas choroby, operacji czy silnego stresu.
Badania nad modlitwą i bólem istnieją, ale trzeba podchodzić do nich ostrożnie. Przeglądy wskazują, że u części osób religijnych modlitwa może pomagać w radzeniu sobie z bólem, jednak wyniki nie są na tyle jednoznaczne, żeby traktować ją jak uniwersalną metodę przeciwbólową. Religijność, duchowość i sposoby radzenia sobie z bólem tworzą znacznie bardziej skomplikowaną relację.
U jednej osoby „Boże, pomóż” będzie rzeczywistą modlitwą.
U drugiej automatycznym powiedzeniem.
U trzeciej po prostu językowym odpowiednikiem „auć”.
Z zewnątrz mogą brzmieć identycznie.
Krzyk pomaga czy przeszkadza?
To zależy.
Krótka wokalizacja może chwilowo pomóc poradzić sobie z ostrym bodźcem. Może odwrócić uwagę, dać ujście automatycznej reakcji albo zwiększyć poczucie działania i kontroli.
Ale kiedy podczas masażu pacjent przez kilka minut zaciska zęby, wstrzymuje oddech, napina całe ciało i próbuje „przetrzymać” masaż, pojawia się inne pytanie:
po co właściwie tak pracujemy?
Masaż nie jest konkursem odporności na ból.
W pracy z tkliwymi obszarami, także przy technikach punktowych, może wystąpić dyskomfort albo odtworzenie znanego pacjentowi bólu. Nie oznacza to jednak, że im mocniej boli, tym skuteczniejszy jest zabieg.
Badania nad terapią manualną punktów spustowych pokazują możliwość wpływu na ból i próg bólu uciskowego, ale wyniki dotyczące różnych technik są zróżnicowane. W przeglądzie dotyczącym manualnej terapii punktów spustowych w przewlekłym bólu jakość dowodów oceniono jako słabą.
Co więcej, istnieją badania eksperymentalne nad masażem wywołującym ból i tzw. warunkowaną modulacją bólu, ale intensywność bólu podczas takiego masażu tylko słabo wiązała się ze zmianami w późniejszej wrażliwości bólowej. Nie ma więc prostego równania:
bardziej boli = lepiej działa.
O tym pisałem już szerzej w tekście „Dobry masaż nie musi boleć”.
Krzyk pacjenta jest informacją dla masażysty
Tutaj dochodzimy do najważniejszej rzeczy z punktu widzenia gabinetu.
Jeżeli pacjent nagle krzyczy, odsuwa się od dłoni, gwałtownie napina mięśnie, przestaje swobodnie oddychać albo mówi, że ból jest za mocny, nie powinienem traktować tego jak medalu:
„Świetnie, znalazłem punkt!”
To informacja.
Czasami wystarczy minimalnie zmniejszyć nacisk. Czasami zmienić kąt pracy. Czasami przytrzymać tkankę spokojniej. Czasami odpuścić daną technikę.
A czasami zapytać po prostu:
„Jest okej czy za mocno?”
To nadal jedno z najbardziej zaawansowanych narzędzi diagnostycznych dostępnych bez baterii i aktualizacji oprogramowania.
Dobry masażysta obserwuje nie tylko tkankę. Obserwuje człowieka.
Dlaczego proszę pacjentów, żeby oddychali?
Przy mocniejszej pracy często mówię pacjentom, żeby zamiast koncentrować się wyłącznie na bólu spróbowali spokojnie zrobić wdech i dłuższy wydech.
Nie dlatego, że oddech magicznie „wypuszcza toksyny” albo „wydmuchuje ból”.
Chodzi między innymi o zmianę sposobu, w jaki człowiek przeżywa bodziec.
Wolne, głębokie oddychanie jest badane jako metoda wspomagająca radzenie sobie z bólem. Metaanaliza randomizowanych badań dotyczących ostrego bólu wykazała niższe wyniki bólu u osób stosujących wolne, głębokie oddychanie, choć pomiędzy badaniami występowały znaczne różnice.
Oddech daje też pacjentowi konkretne zadanie.
Zamiast:
„Boli. Boli. Boli. Zaraz będzie bolało bardziej. O Boże, on znowu tam naciska…”
pojawia się:
„Wdech. Wydech. Jeszcze raz.”
Uwaga nie znika całkowicie z bolesnego miejsca, ale nie musi być już do niego przyklejona.
Czy dobry masaż powinien doprowadzać do krzyku?
Nie.
Krzyk nie jest certyfikatem jakości masażu.
Nie jest też automatycznie dowodem złego masażu.
To przede wszystkim reakcja człowieka, którą trzeba umieć odczytać w kontekście.
Jednorazowe „O cholera!” przy wejściu w bardzo tkliwy obszar może znaczyć niewiele więcej niż: „wow, tutaj rzeczywiście jest wrażliwie”.
Jeżeli jednak pacjent przez pół zabiegu walczy o życie, kurczowo trzyma stół i odmawia współpracy z grawitacją, warto zastanowić się, czy naprawdę realizujemy jeszcze cel zabiegu.
Bo masaż nie powinien być czymś, co trzeba heroicznie przeżyć.
Ból ma głos. Trzeba tylko umieć go słuchać
Jedni w bólu milczą.
Drudzy mówią „au”.
Trzeci przeklinają.
Czwarty wzywa Jezusa, Matkę Boską i wszystkich świętych.
Piąty zaczyna się śmiać.
Każda z tych reakcji może być sposobem radzenia sobie z intensywnym bodźcem.
Dlatego kiedy pacjent podczas masażu zaklnie, jęknie albo nagle przypomni sobie o istnieniu sił wyższych, nie traktuję tego jako problemu. To część komunikacji.
Ale słucham.
Bo czasami krzyk rzeczywiście pomaga poradzić sobie z bólem.
A czasami mówi masażyście bardzo wyraźnie:
„Stary, trochę lżej.”
I tę drugą możliwość zawsze warto brać pod uwagę.
Źródła naukowe
W tekście wykorzystano m.in. definicję bólu International Association for the Study of Pain oraz badania i przeglądy dotyczące przeklinania i tolerancji bólu Stephensa i współpracowników, wokalizacji bólowej Swee i Schirmer, badań nad wokalizacją jako wskaźnikiem bólu, wolnego oddychania, religijnych strategii radzenia sobie z bólem oraz terapii manualnej punktów spustowych.