Jest takie powiedzenie: „Polak mądry po szkodzie”.
Za każdym razem, gdy słyszę historie o problemach prawnych czy finansowych po jakimś „niewinnym” zabiegu, mam wrażenie, że to powiedzenie było pisane dokładnie pod nas – ludzi pracujących z ciałem.

Kiedy zaczynałem pracę jako masażysta, temat ubezpieczenia był gdzieś na końcu listy. Na pierwszym miejscu był stół, dobre olejki, szkolenia, pierwsi klienci, marketing. Ubezpieczenie kojarzyło mi się z dodatkowym kosztem, czymś, czym zajmę się „kiedyś”.

Dziś patrzę na to inaczej. Jako masażysta, ale też jako przedsiębiorca, wiem, że moja praca to nie tylko rozluźnianie mięśni. To też odpowiedzialność za drugiego człowieka – za jego ciało, zdrowie, emocje, a czasem nawet za rzeczy, które leżą obok stołu.

I właśnie o tej odpowiedzialności jest ten wpis. O ubezpieczeniu masażysty, ale po ludzku, bez paragrafów. Jakbym siedział z Tobą przy kawie i opowiadał, jak to naprawdę wygląda z naszej strony.

„Przecież dobrze masuję, po co mi ubezpieczenie?”

To chyba najczęstsza myśl w naszej branży.
Skoro mam kursy, szkolenia, doświadczenie, pytam o przeciwwskazania, robię wszystko jak trzeba – to po co mi ubezpieczenie?

Problem w tym, że życie wcale nie wygląda jak podręcznik z technikami masażu.

Wyobraź sobie sytuację: kończysz świetny masaż, klient wstaje ze stołu, jest przyjemnie rozluźniony, trochę „miękki”. Bierze krok w bok, trafia stopą na kroplę olejku, której nie zauważyłeś. Sekunda i słyszysz trzask. Upadek, uraz, szpital, zwolnienie z pracy. Po kilku dniach w skrzynce ląduje pismo: „domagam się odszkodowania”.

Albo inny scenariusz:
pracujesz z osobą, która ma problemy z kręgosłupem. Robisz wszystko delikatnie, rozsądnie, zgodnie ze sztuką. Po kilku dniach klient czuje się gorzej, idzie do lekarza, słyszy: „musi Pan/Pani uważać z takimi zabiegami”. I nagle cały gniew kieruje się nie na chorobę, tylko na Ciebie.

Jeszcze inny przykład:
masz mobilne zabiegi, jedziesz do klienta. W salonie, obok stołu, stoi laptop, telefon, jakiś drogi zegarek. Przesuwasz się, zahaczasz ręką, wszystko ląduje na podłodze. Szkło, trzask, mina klienta mówi wszystko.

Czy w każdej z tych sytuacji faktycznie zawiniłeś? Niekoniecznie.
Ale roszczenie może się pojawić. A roszczenie oznacza jedną prostą rzecz: ktoś chce pieniędzy. I nagle okazuje się, że „przecież ja dobrze masuję” to za mało.

Bez ubezpieczenia zostajesz z tym sam.
Z ubezpieczeniem – w grę wchodzi ktoś, kto bierze na siebie część ciężaru: finansowego i prawnego.

Masażysta = przedsiębiorca. A przedsiębiorca myśli o ryzyku

Nawet jeśli robisz kilka masaży „po pracy”, działasz na działalności nierejestrowanej, nie masz szyldu z logo – w momencie, kiedy bierzesz pieniądze za usługę, w praktyce funkcjonujesz jak przedsiębiorca.

A przedsiębiorca nie może patrzeć tylko na „ile dziś zarobię”.
Musi też zadać sobie pytanie: „co się stanie, jeśli coś pójdzie nie tak?”.

To nie jest straszenie, tylko zwykły realizm.

Kiedy pracujemy z ciałem, wchodzimy w bardzo wrażliwy obszar: zdrowia, bólu, ograniczeń, lęków. Klient często przychodzi z oczekiwaniem poprawy. Jeśli poczuje pogorszenie – nawet wynikające z choroby, a nie z naszego błędu – może szukać winnego. A najłatwiej wskazać na tego, kto w ostatnim czasie „coś robił” przy jego ciele.

Bycie masażystą to nie tylko głaskanie, rozcieranie, ugniatanie i oklepywanie.
To też świadomość, że:

  • człowiek może zareagować inaczej, niż zakładamy,
  • ktoś może mieć pretensje, nawet jeśli działaliśmy poprawnie,
  • ludzie coraz częściej myślą kategoriami „odszkodowania”.

I właśnie tu wchodzi myślenie „szerzej”.
Nie tylko: jak pomóc klientowi tu i teraz, ale też: jak zabezpieczyć siebie, swoją rodzinę i swój biznes na wypadek, gdyby coś poszło nie po naszej myśli.

Co właściwie można ubezpieczyć jako masażysta?

Ubezpieczenie to nie jest jedna kartka papieru, którą podpisujesz i „masz wszystko z głowy”.
To raczej kilka elementów, które można do siebie dobrać, jak klocki.

Najważniejszy klocek to OC z tytułu wykonywania zawodu. To takie „zawodowe OC masażysty”. Obejmuje sytuacje, kiedy w związku z Twoją pracą klient doznał szkody – na zdrowiu lub w swoim mieniu – i twierdzi, że to Twoja odpowiedzialność. Wtedy w grę wchodzi ubezpieczyciel, analizuje sprawę i – jeśli uzna, że faktycznie ponosisz odpowiedzialność – wypłaca pieniądze z polisy.

Druga warstwa to sprzęt i miejsce pracy.
Jeśli masz swój gabinet, możesz objąć ochroną łóżko, meble, sprzęt do zabiegów, komputer, elementy wystroju. Ubezpieczenie przydaje się przy zalaniu, włamaniu, zniszczeniu wyposażenia. Jeśli pracujesz mobilnie, ważny jest sprzęt w drodze: stół, akcesoria, urządzenia, które wozi się samochodem. Warto sprawdzić, czy polisa obejmuje szkody w transporcie i poza stałym miejscem.

Trzecia warstwa to Ty sam – Twoje zdrowie i zdolność do pracy.
Masażysta z uszkodzonym nadgarstkiem, mocno przeciążonym kręgosłupem czy po wypadku przestaje być masażystą zarabiającym. Staje się pacjentem, który nagle ma koszty, a nie ma przychodów. Czasem warto pomyśleć o NNW czy dodatkowej ochronie na wypadek niezdolności do pracy, zwłaszcza jeśli masaż jest Twoim głównym źródłem dochodu.

Ubezpieczenie nie jest więc jedną magiczną polisą, ale raczej zestawem rozwiązań, które mogą zabezpieczyć różne obszary Twojej pracy.

Jakie zabiegi obejmuje ubezpieczenie? Tu często kryje się haczyk

My mówimy „masaże”.
Ubezpieczyciel pyta: „jakie konkretnie?”.

I to jest bardzo ważny moment. W naszej pracy jeden masaż drugiemu nierówny. Co innego klasyczny relaksacyjny, co innego drenaż limfatyczny, masaż biustu, praca bańkami, masaż twarzy transbukalny, refleksologia czy zabiegi z użyciem prądów TENS/EMS.

Na etapie rozmowy o polisie warto spokojnie siąść i opisać to, co naprawdę robisz. Nie ogólnie: „wszystkie masaże”, tylko konkretnie: jakie techniki, jakie rejony ciała, czy używasz prądów, baniek, narzędzi typu Gua Sha, kijów bambusowych, czy pracujesz mocno, terapeutycznie, czy raczej relaksacyjnie.

Dlaczego to takie ważne?
Bo ubezpieczenie działa na tym, co jest zapisane. Jeśli wykonasz zabieg, który nie mieści się w tym, co zgłosiłeś i na co się umówiliście, ubezpieczyciel może powiedzieć: „tego nie obejmuje nasza umowa”.

W praktyce może to wyglądać tak:
Ty uważasz, że robisz „tylko trochę mocniejszy masaż twarzy”, a ubezpieczyciel traktuje to jako zupełnie inny rodzaj zabiegu, wymagający np. innych uprawnień. Albo uważasz, że bańki to naturalne uzupełnienie masażu, a w dokumentach polisy nikt o nich nie wspomniał.

Dlatego im dokładniej opiszesz, co robisz, tym lepiej dla Ciebie.
Warto też od czasu do czasu wrócić do tematu. Jeśli rozszerzasz ofertę o nowe techniki, dobrze jest zgłosić to agentowi i zaktualizować polisę, zamiast liczyć, że „jakoś się to podciągnie”.

Czy ubezpieczenie to wyrzucone pieniądze?

Jeśli uważasz, że to co piszę jest dobre i warte uwagi, postaw mi kawkę 🙂 Będzie mi miło 🙂

Postaw mi kawę na buycoffee.to

To pytanie wraca jak bumerang.
Płacisz składkę co roku, wszystko idzie dobrze, nikt niczego nie zgłasza, żadnych szkód, żadnych problemów – i po kilku latach myślisz: „I po co ja to płacę?”.

Szczerze? Rozumiem to.
Ubezpieczenie jest tym dziwnym produktem, który najchętniej chciałoby się mieć, ale nigdy z niego nie korzystać.

Tyle że jeden poważniejszy przypadek potrafi zmienić perspektywę o 180 stopni.
Jeśli nagle pojawia się roszczenie o kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy złotych, to składka, którą płaciłeś przez kilka lat, zaczyna wyglądać jak bardzo rozsądna inwestycja.

Dla mnie to jest trochę jak pas bezpieczeństwa w samochodzie.
Nie zapinam go dlatego, że planuję mieć wypadek.
Zapinam go dlatego, że wiem, że wypadki się zdarzają, nawet jeśli jedziesz ostrożnie.

Tak samo z ubezpieczeniem:
nie wykupuję polisy dlatego, że spodziewam się tragedii, tylko dlatego, że świadomie przyjmuję do wiadomości, że coś może się wydarzyć, nawet jeśli zrobię wszystko jak trzeba.

„Polak mądry po szkodzie”.
Ja wolę zapłacić tę jedną składkę i mieć choć trochę mądrości przed szkodą.

Działalność nierejestrowana a ubezpieczenie – czy to się w ogóle łączy?

Coraz więcej osób zaczyna od działalności nierejestrowanej. Kilka masaży w miesiącu, praca po godzinach, niewielkie kwoty, brak formalnej rejestracji. Z jednej strony to fajna opcja, bo pozwala przetestować rynek bez wchodzenia od razu w pełną firmę. Z drugiej – łatwo wpaść w myślenie: „skoro nie mam firmy, to nic mi nie grozi”.

Niestety, rzeczywistość tak nie działa.
Jeśli bierzesz pieniądze za usługę, to klient – niezależnie od tego, czy masz wpis w CEIDG, czy nie – może dochodzić swoich praw. Może powiedzieć: „zapłaciłem, oczekiwałem poprawy, a jest gorzej, domagam się odszkodowania”.

Tu pojawia się jeszcze jedno nieporozumienie: wiele osób myśli, że wystarczy „OC w życiu prywatnym”, takie dołączone do mieszkania. Problem w tym, że takie OC prawie zawsze wyłącza szkody powstałe przy odpłatnym świadczeniu usług. Czyli jeśli coś stanie się podczas płatnego masażu – ubezpieczyciel może odmówić wypłaty.

Dlatego, jeśli działasz nierejestrowanie, lepiej nie zamiatać tematu pod dywan. Warto porozmawiać z agentem wprost:

  • Robię płatne masaże, na małą skalę, bez rejestrowanej działalności.
  • Czy jest możliwość ubezpieczenia takiej formy pracy?
  • Jak to wygląda u Państwa w praktyce?

Nie każde towarzystwo będzie miało idealny produkt, nie każde się zgodzi. Ale lepiej dostać szczerą odpowiedź teraz, niż usłyszeć „nie” dopiero przy szkodzie.

Na co zwrócić uwagę przy wyborze ubezpieczenia?

Kiedy już stwierdzisz: „Dobra, chcę mieć ubezpieczenie”, pojawia się kolejne pytanie: „Które wybrać?”.

Pierwszym odruchem jest często patrzenie na cenę. To naturalne – nikt nie lubi przepłacać. Ale w ubezpieczeniach ważniejsze od pytania „ile to kosztuje?” jest pytanie „co dokładnie za to dostaję?”.

Warto przyjrzeć się kilku rzeczom. Po pierwsze – suma ubezpieczenia, czyli maksymalna kwota, jaką ubezpieczyciel wypłaci w razie szkody. Jeśli roszczenie przekroczy tę kwotę, reszta może spaść na Ciebie. Po drugie – gdzie polisa działa. Czy dotyczy tylko zabiegów w jednym gabinecie, czy obejmuje też dojazdy do domów, hoteli, firm, imprez plenerowych. Po trzecie – zakres zabiegów, o którym już pisałem: czy to, co realnie robisz, mieści się w umowie, i czy w razie rozszerzenia oferty można to łatwo dopisać.

I wreszcie – wyłączenia odpowiedzialności. To mało przyjemna część lektury, ale bardzo ważna.
To właśnie tam są wypisane sytuacje, w których ubezpieczyciel może powiedzieć: „tu nie płacimy”. Warto przynajmniej pobieżnie przejrzeć te zapisy i zapytać o to, czego nie rozumiesz.

O co pytać agenta ubezpieczeniowego?

Agent ubezpieczeniowy to nie święty Mikołaj, ale też nie wróg. To ktoś, kto ma Ci pomóc dobrać polisę. Tylko żeby naprawdę Ci pomógł, musisz z nim rozmawiać szczerze i konkretnie.

Zamiast wstydzić się pytań, lepiej je po prostu zadać. Możesz spokojnie powiedzieć, że pracujesz mobilnie, robisz takie i takie masaże, czasem w domach, czasem w hotelach, że Twoi klienci to tacy i tacy ludzie. I zapytać wprost:

  • Czy ta polisa obejmuje wszystkie zabiegi, które wykonuję?
  • Czy działa tylko w jednym miejscu, czy wszędzie tam, gdzie pracuję?
  • Co się dzieje, jeśli klientowi stanie się coś podczas zabiegu – jak wygląda procedura?
  • Czy w razie sporu mogę liczyć na jakąkolwiek pomoc prawną?
  • Jak mam zgłosić, że za pół roku poszerzam ofertę o nową technikę?

Dobry agent nie będzie się denerwował ani spieszył. Wytłumaczy, pokaże na dokumentach, jak to jest zapisane. A jeśli ktoś próbuje Cię spławić tekstem: „Proszę się nie martwić, wszystko jest w porządku”, ale nie chce nic wyjaśnić – to też jest cenna informacja.

Kiedy ubezpieczenie realnie ratuje skórę?

Najbardziej doceniamy ubezpieczenie nie wtedy, gdy je kupujemy, tylko wtedy, gdy coś się wydarzy.

Wyobraź sobie, że dochodzi do poważniejszego zdarzenia. Klient ma uraz, czuje się pokrzywdzony, idzie do prawnika. Po kilku tygodniach przychodzi do Ciebie oficjalne pismo, w którym domaga się pieniędzy.

Jeśli nie masz ubezpieczenia, to w jednej chwili zostajesz sam ze stresem, dokumentami, ewentualnym procesem i ryzykiem finansowym. Szukasz prawnika, zastanawiasz się, skąd wziąć pieniądze, jak się bronić, czy się dogadywać. Wszystko na Twojej głowie.

Jeśli masz dobre OC, scenariusz jest inny. Nadal jest stres – to naturalne. Ale wiesz, że za Tobą stoi ktoś, kto ma doświadczenie w takich sytuacjach. Zgłaszasz sprawę, przekazujesz dokumenty, opisujesz dokładnie, co się wydarzyło. Od tego momentu duża część ciężaru przechodzi na ubezpieczyciela. To on kontaktuje się z drugą stroną, analizuje sprawę, oferuje ewentualne odszkodowanie lub broni Twoich interesów.

Czy to idealne rozwiązanie? Nie.
Czy pozwala poczuć się mniej bezradnym? Bardzo często tak.

Jak na to patrzę jako masażysta

Dla mnie ubezpieczenie to element profesjonalizmu.
Tak samo jak karta pacjenta, wywiad przed zabiegiem, zgoda na masaż, dbałość o higienę, punktualność i szacunek do granic klienta.

Nie kupuję ubezpieczenia z lęku, tylko z poczucia odpowiedzialności: za siebie, za swoje nazwisko, za klientów, których dotykam.

Wiem, że mogę zrobić wszystko dobrze, a i tak komuś coś się stanie. Wiem też, że ludzie są różni – jedni załatwiają sprawy rozmową, inni od razu szukają paragrafów. Nie mam wpływu na to, jak zareaguje klient, ale mam wpływ na to, czy w takiej sytuacji będę kompletnie bezbronny, czy będę miał za plecami kogoś, kto trochę mnie ochroni.

„Polak mądry po szkodzie”.
Masażysta–przedsiębiorca powinien starać się być mądry trochę wcześniej.

A Ty? Jak to widzisz?

Jestem ciekawy Twojej historii.

Masz już swoje OC, czy dopiero o nim myślisz?
Masz za sobą doświadczenia – dobre albo trudne – związane z ubezpieczeniem?
Zastanawiasz się, jak to ogarnąć przy działalności nierejestrowanej, mobilnej pracy, nietypowych masażach?

Napisz w komentarzu pod wpisem.
Możesz opisać swoją sytuację, zadać konkretne pytanie albo po prostu podzielić się wątpliwościami.

Tagi: